Nie miałam planu
Moja historia zaczyna się od tego, że nigdy tak naprawdę nie zastanawiałam się, czy będę karmić piersią. A potem urodziłam bliźniaki – i szybko okazało się, że karmienie piersią może nie być aż tak naturalne, jak mi się wydawało. Dzieci urodziły się trochę przedwcześnie, w październiku 2016. Zwłaszcza córka była naprawdę maleńka (1790 g przy urodzeniu) i obojgu dzieciom trudno było ssać pierś.
Najpierw laktator, potem pytania
Zaczęłam więc odciągać mleko. I… zadziałało! Szybko miałam wystarczająco dużo mleka dla obojga dzieci, a po jakimś czasie nawet trochę zapasu w zamrażarce.
Zaczęłam wtedy szukać wsparcia, zakładając, że to tylko etap przejściowy, a docelowo przejdziemy na karmienie bezpośrednio piersią. Jednocześnie było mi całkiem dobrze z laktatorem – miałam wszystko pod kontrolą: wiedziałam, ile dzieci jedzą, ile czasu spędzam z laktatorem i ile mleka odciągam.
Przejście na pierś i bolesne zderzenie
Zaczęłam zaglądać na facebookowe grupy, gdzie dowiedziałam się, że odciągam za rzadko i za mało, żeby utrzymać laktację po tzw. stabilizacji (która następuje zwykle ok. 3. miesiąca po porodzie). Więc spróbowałam przejść na pierś. I ku mojemu zaskoczeniu poszło gładko, bez żadnych komplikacji.
Szybko się jednak okazało, że karmienie piersią to dla mnie za dużo: za dużo dotyku, za dużo czasu, za dużo utraty kontroli. Dziś, z diagnozą ADHD, to wszystko wydaje się oczywiste. Ale wtedy myślałam, że jestem złą matką i nie rozumiałam, co się dzieje. W końcu, gdy bliźniaki miały 8–9 miesięcy, wpadłam w depresję. Mimo to karmiłam je dalej, do 13. miesiąca.
Drugi raz, tym razem bez presji
Niedługo po zakończeniu karmienia dowiedziałam się, że jestem w kolejnej ciąży. Ciąża przyniosła niespodziewaną poprawę mojego samopoczucia psychicznego, ale jednocześnie byłam przerażona, że znów będę musiała mierzyć się z dylematem związanym z karmieniem. Już wtedy byłam w terapii i większość czasu ciąży poświęciłam na głębsze przyjrzenie się temu zagadnieniu. To wtedy po raz pierwszy usłyszałam: „nie lubię karmić piersią”. I były to moje własne słowa.
W końcu zdecydowałam, że nie będę wywierać na siebie żadnej presji jeśli chodzi o to, czy będę karmić trzecie dziecko piersią, czy nie. Miałam nadzieję, że może porodowy haj oksytocynowy da mi impuls, by spróbować, ale jednocześnie miałam przy sobie pisemne zalecenie od psychiatry, aby personel szpitalny nie zachęcał mnie do karmienia piersią, o ile sama o to poproszę.
Laktacja 2.0
Trzecie dziecko urodziłam w październiku 2018 przez nagłe cięcie cesarskie. Zatem nie było haju oksytocynowego. Ale, gdy tylko poczułam się lepiej, zaczęłam odciągać mleko i nie przystawiałam dziecka do piersi ani razu. I tym razem poszło mi z odciąganiem jeszcze lepiej niż z bliźniakami.
Jednym z moich sposobów przygotowania do tej laktacji była terapia. Drugim – wiedza. Dużo czytałam, głównie badań naukowych. Na tej bazie ułożyłam sobie całą strategię sama, często ignorując lub świadomie odrzucając większość popularnych zaleceń dotyczących odciągania. Moje podejście brzmiało mniej więcej: albo robię to po swojemu, albo wcale.
Od początku odciągałam znacznie rzadziej: zeszłam do 3–4 sesji na dobę, zanim synek skończył 3 miesiące, a po pół roku ograniczyłam do 2-3 sesji na dobę. Jedyną zasadą, której się trzymałam, było: minimum 2 godziny odciągania dobowo.
Odciągałam mleko dla trzeciego dziecka przez 12 miesięcy – bez ani jednej porcji mleka modyfikowanego, bez ani jednego karmienia z piersi. W tym czasie oddałam prawie 28 litrów mleka do banku mleka kobiecego i jeszcze trochę w ramach nieformalnego milksharingu.
Z tym doświadczeniem bardzo chciałam wspierać inne kobiety w ich laktacyjnych drogach. Ale przyszła pandemia, pogorszył się mój stan zdrowia, pojawiły się inne projekty. Ważne, ale nie aż tak moje.
I znów noworodek
Dostałam jednak jeszcze jedną szansę, by przypomnieć sobie, jak ważny to dla mnie temat: we wrześniu 2024 urodziłam córeczkę.
Znowu nie miałam żadnych wstępnych oczekiwań co do karmienia. Po porodzie, długi i wyczerpujący, ale piękny i zakończony sukcesem VBACu, nawet spróbowałam przystawić dziecko do piersi, ale szybko poczułam, że to nie moja droga.
Zaczęłam odciągać już następnego dnia po porodzie i praktycznie od razu miałam dużo mleka!
Granice, które dają przestrzeń
Tym razem miałam jeszcze bardziej określone wewnętrzne granice. Po diagnozie ADHD wiedziałam, że może przyjść moment, w którym będę potrzebować leków, a nie są one rekomendowane podczas karmienia piersią. Do tego w domu mam trójkę starszych dzieci, w tym z ADHD i w spektrum autyzmu i wiedziałam, że nie mogę spędzać długich godzin z laktatorem.
Ustaliłam ze sobą jasną zasadę: nie spędzam więcej niż 1 godzinę dziennie na odciąganiu. Jeśli to oznacza wcześniejsze zakończenie laktacji – OK. Jeśli będę musiała wrócić do leków i tym samym zakończyć odciąganie – też OK.
I jak poszło?
Ostatnią butelkę mojego mleka, moja córka dostała w pierwsze urodziny. Była nim karmiona niemal wyłącznie przez pierwsze 6 miesięcy, a potem od czasu do czas suplementowaliśmy mlekiem modyfikowanym i rozszerzyliśmy dietę. Ale jeszcze gdy miała 9 miesięcy, wciąż podstawą jej codziennej diety było moje mleko. W pierwszych 3 miesiącach oddałam ponad 25 litrów mleka do banku mleka. Cały czas trzymałam się ustalonego limitu – średnio spędzam około 1 godziny dziennie z laktatorem. W sumie wyprodukowałam mniej mleka niż wcześniej (272 litry vs. 383 litry przez 12 miesięcy), ale też spędzam przy tym o wiele mniej czasu (360 godziny vs. 559 godzin przez rok).
Mój zestaw: sprzęt i wartości
Nie używałam laktatora klasy szpitalnej, jak było to w przypadku odciągania dla trzeciego dziecka. Dzięki uprzejmości krakowskiego Banku Mleka, mogłam wtedy używać Medela Symphony. Teraz zrezygnowałam z niego i korzystałam tylko z najprostszego laktatora ręcznegeo. Przy każdym odciąganiu stosuję masaż i ucisk piersi – to moim zdaniem klucz do efektów.
Ale najważniejsze narzędzia? Samowspółczucie i zaufanie do siebie. Bez nich żadne z moich młodszych dzieci nie dostałoby ani kropli mojego mleka.

