Brak słowa, który wykoleja wsparcie

Peer support? Wyszukujesz polskiego odpowiednika i wyskakuje „wzajemne wsparcie”. Albo „wsparcie rówieśnicze”. Tylko że to jak mówienie o wiośnie „czas, kiedy świeci słońce” i „czas, kiedy kwitną kwiatki”. Nie to jest sednem, choć to oczywiście istotne kwestie. Tak czy inaczej: to nie jest tylko lingwistyczny drobiazg – to fundamentalny problem w budowaniu wspierających społeczności.

Angielskie peer support ma w sobie coś, czego polskie tłumaczenia nie oddają. „Peer” to nie tylko „rówieśnik” w sensie osoby w tym samym wieku. To też ktoś, kto jest w podobnej sytuacji życiowej, kto przeszedł przez to samo, kto rozumie z doświadczenia – nie z książki czy szkolenia. To osoba, która stoi obok ciebie, nie ponad tobą. Nie jest ekspertem, terapeutą, profesjonalistą. Jest po prostu kimś, kto wie, bo przeżył. 

„Rówieśnik” w polszczyźnie to ten, kto ma tyle samo lat. I tyle. Możemy jeszcze znaleźć tłumaczenie na „człowiek równy rangą”, co brzmi jak armia albo korporacyjna hierarchia. A tłumacząc całe peer support trafiamy na „wzajemne wsparcie”, które zakłada ruch w obu kierunkach – strony muszą się wspierać jednocześnie. Tymczasem w peer support to nie o to chodzi: tu jedna osoba wspiera drugą z pozycji doświadczenia, nie ekspertyzy i nie oczekuje, że dostanie coś w zamian. Osoba, która dostała wsparcie nie musi potem sama wspierać innych, choć fajnie, jeśli zechce. I bardzo często chce, bo to doświadczenie budujące i takie, które chcesz przekazywać dalej. Ale to nigdy nie jest warunek.

Dlaczego to w ogóle ma znaczenie?

Jak nie masz słowa, trudniej ci nazwać zjawisko. A jak nie nazwiesz zjawiska, trudniej je zorganizować, ustrukturyzować, budować wokół niego społeczność.

Kiedy mówimy „wzajemne wsparcie”, automatycznie wkrada się presja: ktoś mi pomógł, to ja muszę mu pomóc. Ktoś się ze mną dzieli wiedzą, to ja też muszę mieć coś do powiedzenia. A przecież w peer support możesz po prostu dostać, bo ktoś chce dać.

„Jak się czujesz, kiedy rozmawiasz z kimś, kto miał podobne doświadczenie jak ty?” – pyta Beth Walters w wystąpieniu TEDx. Opowiada w nim o tym, jak, pożegnawszy marzenia o karierze cyrkowego klowna, znalazła swoją nową drogę. W ogłoszeniu o pracę napisano, że chętnie zatrudnią kogoś, kto ma doświadczenie próby samobójczej. To było zaskakujące, ale jednocześnie powiedziało jej o czymś bardzo ważnym: doświadczenia, również te, których nie da się wpisać do CV mogą być niezwykle istotne. Tak została koordynatorką programu peer support w obszarze zdrowia psychicznego. Jej historia to nie wyjątek, ale wzorzec, który powtarza się w peer support na całym świecie.

Zatem co zmienia ta świadomość wspólnoty doświadczeń? Ta różnica między rozmową z profesjonalistą a rozmową z kimś, kto był tam, gdzie ty jesteś teraz to esencja peer support. I nie da się tego oddać słowem „rówieśnik”.

Paradoks asystenta zdrowienia

Asystent zdrowienia to stosunkowo nowy zawód w Polsce. Systematyczne kursy rozpoczęto w 2018 roku, a w czerwcu 2022 został włączony do Zintegrowanego Systemu Kwalifikacji. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to właśnie realizacja peer support w jego najczystszej formie: osoba, która sama doświadczyła kryzysu psychicznego, wspiera innych pacjentów psychiatrycznych, dając im nadzieję i dzieląc się własnym doświadczeniem zdrowienia. Ale jest haczyk.

Aby zostać asystentem zdrowienia, trzeba ukończyć kurs obejmujący 12 modułów oraz odbyć staż praktyczny w wymiarze 220-240 godzin w instytucjach związanych ze zdrowiem psychicznym. Kandydaci muszą spełnić szereg wymogów: mieć wgląd w chorobę i nie odczuwać obecnie jej objawów czy ukończyć minimum 75 godzin psychoterapii indywidualnej w warunkach pozaszpitalnych. 

I nagle mamy problem. Bo asystent zdrowienia przestaje być peer w pierwotnym znaczeniu i staje się specjalistą. Ma certyfikat, ma za sobą setki godzin szkoleń i praktyk, jest częścią systemu medycznego, zespołu terapeutycznego, struktury instytucjonalnej.

Nie mówię, że to źle. Profesjonalizacja ma sens: zapewnia jakość, bezpieczeństwo, ramy etyczne. Ale gubi coś fundamentalnego: spontaniczność, naturalność, niesformalizowaną bliskość prawdziwego peer support.

Bo peer support nie określa zawodu, ale relację. Beth Walters mówi o „impact of connection”, sile połączenia, które powstaje, gdy dwie osoby dzielą podobne doświadczenie. Ta siła nie wymaga certyfikatu, ale wymaga czegoś bardzo osobistego: prawdy i obecności.

Problem z „rówieśnikami”

Tymczasem w Polsce o „wsparciu rówieśniczym” mówi się praktycznie tylko w kontekście szkoły. I fajnie, że w ogóle, ale to poniekąd konsekwencja tego, że przetłumaczyliśmy peer support na „wsparcie rówieśnicze”. Jeśli „rówieśnik” to ktoś w tym samym wieku, to naturalnie wsparcie rówieśnicze kojarzy się z dziećmi i młodzieżą: z programami antybullyingowymi, z mediatorami szkolnymi i sytuacjami, gdzie kluczowa jest rzeczywiście podobieństwo wieku.

Ale w tym wszystkim gubimy to, że peer support to przestrzeń, w której matka karmiąca piersią wspiera matkę, która ma problemy z laktacją, osoba po rozwodzie porozmawia z kimś, kto właśnie się rozstaje, ktoś, kto wyszedł z uzależnienia, towarzyszy osobie w trzeźwieniu, a rodzic dziecka z niepełnosprawnością dzieli się doświadczeniem z rodzicami po świeżej diagnozie. Żadna z tych sytuacji nie wymaga, by osoby były rówieśnikami w sensie wieku. Wymaga podobieństwa doświadczeń.

Lekcja z La Leche League: jak peer support zbudował profesję

La Leche League zostało założone w 1956 roku przez siedem matek, które chciały wspierać swoje znajome w karmieniu piersią. Ani nie były lekarzami, ani nie miały certyfikatów, po prostu karmiły własne dzieci i widziały, że inne matki potrzebują wsparcia, bo nie dostawały go od systemu opieki zdrowotnej.

Rozpoczęły oddolną organizację, która do dziś oferuje wsparcie i edukację dla matek na całym świecie. I od tych kilku na początku organizacja rozrosła się do sieci tysięcy Liderek i grup.  To był czysty peer support: matka do matki, z pozycji doświadczenia, nie eksperta.

I tutaj dzieje się coś fascynującego. W marcu 1985 zostaje założona Międzynarodowa Rada Egzaminatorów Konsultantów Laktacyjnych (IBLCE), wykorzystując pożyczkę w wysokości 40 000 dolarów od La Leche League International jako finansowanie startowe. IBLCE zostało założone przez grupę Liderek La Leche League, które chciały sprofesjonalizować umiejętności, które rozwinęły pracując z matkami karmiącymi. Najpierw był peer support, potem z niego wyrosła profesja. Nie odwrotnie. To nie eksperci postanowili zejść do ludu i uczyć go, jak karmić. To matki, które karmiły, wspierały się nawzajem, zbierały wiedzę i doświadczenie po 29 latach od powstania LLL postanowiły stworzyć formalne struktury certyfikacji.

Dziś jest ponad 38 000 konsultantek laktacyjnych IBCLC w 136 krajach.  To specjalistki najwyższej klasy, z rygorystycznymi wymogami edukacyjnymi i klinicznymi. Ale La Leche League istnieje nadal. Ich Liderki to przeszkolone wolontariuszki, które same karmiły własne dzieci. Nie są specjalistkami jak IBCLC, nie diagnozują i nie leczą, ale wspierają z pozycji doświadczenia. I działa od 1956 roku, co oznacza, że zaraz stuknie im 70 lat. 

I tu pokazuje się klucz tego wszystkiego: peer support i profesjonalna pomoc mogą współistnieć: nie muszą się zastępować, jedno nie wyklucza drugiego. Czasem potrzebujesz IBCLC, która pomoże w problemach, ale częściej kogoś, kto po prostu powie: „Wiem, jak się czujesz. Też bolało, też miałam ochotę rzucić to w cholerę i płakałam w poduszkę. Ale ktoś mnie wtedy wysłuchał i już to pomogło”. I to jest równie cenne, a czasem cenniejsze, bo bardziej dostępne, mniej sformalizowane. Bo bardziej ludzkie.

Historia La Leche League pokazuje jeszcze coś ważnego: peer support nie tylko działa, ale może być fundamentem, na którym buduje się cała profesja. Może być źródłem wiedzy, doświadczenia i standardów, które później zostają sformalizowane i certyfikowane. Ale żeby to się stało, najpierw musi być przestrzeń dla nieformalnego, oddolnego wsparcia.

Co tracimy, nie mając właściwego słowa?

Bez precyzyjnego języka trudniej budować społeczności oparte na peer support, bo:

Zacierają się granice między pomocą profesjonalną a peer supportMyślimy, że musimy być ekspertami, żeby wspierać innych, że potrzebujemy (kolejnych) certyfikatów, ukończonych szkoleń, formalnych kwalifikacji. Że jeśli nie mamy papieru, to nasze doświadczenie nic nie znaczy, a nasza historia nie ma wartości, jeśli nie została przeprocesowana przez 240 godzin stażu.

 Mamy poczucie winy, gdy dostajemy wsparcie i nie możemy go „oddać”. Bo „wzajemne” wsparcie sugeruje, że to wymiana, transakcja, że jesteś coś winna. Tymczasem Beth Walters nie oczekiwała niczego w zamian od osób, które wspierała w kryzysie suicydalnym. Dzieliła się swoją historią, bo mogła i chciała.

Nie potrafimy komunikować wartości takiego wsparcia. Bo jak to nazwać? Jak wyjaśnić pracodawcy, inwestorowi, decydentowi, że to nie jest terapia, ale też nie jest tylko gadanie ze znajomą? Że to ma realną wartość, choć nie ma certyfikatu? Jak opisać w sprawozdaniu z projektu „siłę połączenia”, o której mówi Walters?

Nie budujemy struktur, które by to wspierały. Bo jak nazwiesz program, który nie jest szkoleniem ani terapią, ale jest czymś więcej niż tylko spotkanie znajomych? Jak go sfinansować? Jak go opisać w regulaminie organizacji?

Ograniczamy peer support do wieku, zamiast rozumieć go jako wspólnotę doświadczenia. I przez to tracą osoby dorosłe, które mogłyby otrzymać bezcenne wsparcie od kogoś, kto był tam, gdzie one są teraz, ale jest 20 lat starszy albo młodszy.

Gubimy historię i siłę oddolnych ruchów. Zapominamy, że niektóre z najważniejszych zmian w opiece zdrowotnej zaczęły się nie od ekspertów, ale od zwykłych ludzi, którzy po prostu chcieli sobie nawzajem pomagać: od siedmiu matek przy kuchennym stole w 1956 roku, czy od dwóch alkoholików, którzy odkryli, że rozmowa między sobą pomaga im zachować trzeźwość lepiej niż jakakolwiek terapia. 

Tracimy możliwość doceniania różnych form wiedzy. Wiedzę akademicką stawiamy wyżej niż wiedzę doświadczalną, certyfikat wyżej niż przeżyte życie, tytuł wyżej niż blizny. Nie chodzi o to, że evidence-based practice nie ma znaczenia: ma ogromne. Badania naukowe, protokoły kliniczne, profesjonalne szkolenia są fundamentem dobrej opieki zdrowotnej. Potrzebujemy specjalistów, którzy wiedzą, co robią. Ale nie możemy w tej profesjonalizacji zgubić czegoś równie cennego: zwykłego bycia obok i wsparcia z poziomu doświadczenia. Czasem największą wartość ma właśnie to, że ktoś nie jest terapeutą. Że dzieli się własnym doświadczeniem, nie profesjonalną wiedzą o twoim, że mówi „też przez to przechodziłam”, nie „w badaniach wykazano, że”. To, że jego wiedza nie pochodzi z podręcznika, tylko z życia i że – w przeciwieństwie do terapeuty – może to powiedzieć bez obawy o przekraczanie ram swojej profesji.

To nie jest konkurencja, to komplementarność. Potrzebujemy jednego i drugiego w zależności od momentu, sytuacji, tego, czego akurat najbardziej brakuje. To, że czasem potrzebujemy protokołu klinicznego, nie oznacza, że nie skorzystamy z rozmowy z kimś, kto rozumie, jak bardzo nam ciężko w tym protokole.

Więc co z tym zrobić?

Być może możemy zacząć świadomie używać określenia peer support po polsku. Tak jak mówimy networking czy coaching, bo polskie odpowiedniki nie oddają sensu. Możemy edukować, że peer support to nie wzajemne wsparcie w sensie „ty mnie, ja ciebie”, ale „ja mam doświadczenie, dzielę się nim z tobą, bez oczekiwań”.

Budujmy społeczności, w których jasno mówimy: nie musisz być ekspertem, żeby wspierać. Wystarczy, że przeszłaś przez to, czego ktoś inny teraz doświadcza, że chcesz się podzielić i  pamiętasz, jak to było. A przede wszystkim, że chcesz, żeby ktoś inny czuł się mniej samotny niż ty wtedy.

Chrońmy przestrzeń dla nieformalnego wsparcia, nawet gdy rozwijamy profesjonalne struktury. Profesjonalizacja jest potrzebna, ale nie może wyprzeć wszystkich innych form pomocy. Model La Leche League pokazuje, że można mieć i Liderki (przeszkolone wolontariuszki z doświadczeniem), i IBCLC (certyfikowane specjalistki) – i obie te role są potrzebne.

Doceniajmy różne ścieżki pomagania. Kursy asystenta zdrowienia jest wartościowy, szkolenia promotorek karmienia piersią również. Certyfikaty konsultantek laktacyjnych – jasne że tak. Ale możemy też po prostu przestać myśleć, że aby komuś pomóc, musimy mieć dyplom, certyfikat i 500 godzin stażu. Czasem wystarczy, że jesteś po drugiej stronie doświadczenia i że chcesz powiedzieć komuś nadal po tamtej stronie, że da się dotrzeć do miejsca, gdzie ty jesteś. I te słowa będą mieć moc pomimo tego, że nie jesteś terapeutką i nie masz wszystkich odpowiedzi. Zresztą kto je ma?

Tak zaczęło się La Leche League: od siedmiu matek przy kuchennym stole w 1956. I tak zaczęło się zmienianie świata. To jest esencja peer support. Zasługuje na lepsze określenie niż „wsparcie rówieśnicze”.